O ŁADYSZU - Międzynarodowy Festiwal im. Bernarda Ładysza

MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL BERNARDA ŁADYSZA
Przejdź do treści
BIOGRAFIA

ur 24 lipca 1922 roku zmr. 25 lipca 2020 roku
Bernard Ładysz - bas-baryton


Bernard Ładysz – Urodził się 24 lipca 1922 roku w Wilnie. Uzdolnienia muzyczne rodziców i braci – wszak wszyscy włącznie z nim samym byli członkami chóru Harfa, prowadzonego w okresie międzywojennym przez profesora i dyrygenta Jana Żebrowskiego – były w jego rodzinie powszechne. Jak widać, natura już od dłuższego czasu czyniła starania, by w genach naszego wybitnego artysty zawrzeć, zapisać to, co najlepsze. O poziomie wykonawczym wspomnianego chóru niech świadczy I miejsce, zdobyte w 1935 roku na Zjeździe Polskich Chórów w Warszawie. Można zatem wysnuć wniosek, iż nie tylko natura, ale i otoczenie starało się pilnie, by ten nieprzeciętny talent muzyczny i wokalny nie został zaprzepaszczony. Zresztą muzykowanie, wspólne śpiewanie, było dla rodziny Ładyszów czymś tak naturalnym, jak powszednie prace domowe – mieszkańcy Zarzecza często gromadzili się w domu Ładyszów w tym właśnie celu. W wydanej w 2006 roku przez krakowskie Collegium Columbinum książce Rzeka Bernarda Ładysza, będącej zapisem rozmowy z panią redaktor Marią Sierotwińską-Rewicką, artysta wspomina: „Każde imieniny czy urodziny, wszystkie święta, zawsze kończyły się wspólnym śpiewem” (s. 34). O ile IV rozbiór Polski, dokonany w 1939 roku przez okupanta niemieckiego i sowieckiego, nie wpłynął zasadniczo na losy rodziny Ładyszów, a w latach 1940–1941 nawet umożliwił rozpoczęcie edukacji muzycznej Bernarda, to już wojna niemiecko-radziecka zmusiła go do przerwania nauki. Wstąpił do partyzantki i przyjął pseudonim „Janosik”. O jego dokonaniach partyzancko - wojennych wspomina artykuł zatytułowany Bernard Ładysz – wileński bas, a zamieszczony w 37 numerze łódzkiego dwumiesięcznika „Kultura i Biznes” w 2007 roku. Dużo więcej o tych wojennych losach i przeżyciach możemy wyczytać ze wspomnień, opowiedzianych przez artystę w cytowanej już rozmowie z Marią Sierotwińską-Rewicką. Opisane tam zdarzenia i dramatyczne wypadki pozwalają daleko głębiej zrozumieć, czym się w życiu kierował i dlaczego był tak bezkompromisowy w osiąganiu artystycznego celu. Życie, które nie szczędzi trudu, głodu i chłodu, uczy, jak dążyć do wartościowych celów i jak zachować wierność zasadom.
Omawiając sylwetkę wspaniałego śpiewaka, stawiając ją za wzór naszym studentom i absolwentom, uwypuklamy także tę jego cechę. Doskonałość warsztatowa to niezbędne narzędzie, bez którego brakuje legitymacji do uprawiania sztuki. Ale doskonałość warsztatowa bez idei, bez intencji, bez wierności swojemu rozumieniu sztuki, to pusta zabawa, to Salieri, którego dziś nikt już nie słucha i nie gra, tylko pamięta, że szkodził Mozartowi.  Zacytujmy zresztą samego artystę: „A ja jestem normalnym człowiekiem. Artystą może i jestem, ale przy okazji. Bo ja jestem piekarz i aptekarz, człowiek, który piłował drzewa, robił buty, uciekał sprzed górki na rozstrzelanie, sprzed karabinów plutonu egzekucyjnego i przeżył kawał życia. W domu roli nie przygotowuję, nie kombinuję, tylko po prostu na scenie żyję.” Efektem wojennej zawieruchy było uwięzienie i pobyt w obozie pracy w Kałudze, miejscowości położonej nad Oką w pobliżu Moskwy. Los chciał, by w tym obozie znalazł się także wybitny polski dyrygent Henryk Czyż. Kiedy usłyszał śpiewającego Ładysza, zaprosił go do współpracy w założonym przez siebie zespole pod nazwą Zespół Żołnierzy Repatriantów „Kaługa”. Za zgodą władz obozowych mogli dawać koncerty w wybudowanej specjalnie do tego celu dużej ziemiance. Wkrótce zespół stał się sławny i zaczął koncertować po okolicznych kołchozach i sowchozach. Były nawet plany, by zaraz po wojnie wystąpił w Warszawie. Na przeszkodzie stanęła akowska przeszłość wszystkich, bez wyjątku, członków zespołu – na coś takiego władza sowiecka nie mogła pozwolić. Wspominając po raz kolejny akowską przeszłość, warto wspomnieć i zapamiętać osobę, która nauczyła Bernarda Ładysza, czym jest patriotyzm – Jego Mamę. Sam wspomina ją tak: „Była człowiekiem absolutnie jednoznacznym, bez cienia fałszu. Dla niej to, co białe, to było białe, a co czarne – czarne. Tak samo jednoznacznie odbierała świat – i dobro, i zło. Nigdy nie pozwoliła się sprzeniewierzyć podstawowym wartościom, to były sprawy niepodważalne. Polska, Wiara, Kościół. Tak prosto ujęte zasady ułatwiały życie, nie pozwalały na krętactwa i różne wybiegi. Dookoła zawirowania historyczne, naciski na zmianę myślenia, propaganda ateizmu, więzienia, a ona zamknęła świat w swoim sercu – czystym, nieskalanym”.
Do Polski, już okrojonej, bez Wilna, wrócił Bernard Ładysz w 1946 roku. Próby zaangażowania się do chóru Opery Warszawskiej zostały uwieńczone sukcesem w 1950 roku. W tym czasie śpiewał już jako solista Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Słuchałem nagrań z tego okresu, a udostępnił mi je mój profesor Kazimierz Pustelak, którego też można na tych nagraniach usłyszeć; są tam zresztą i inni znakomici artyści operowi. Nagrania, o których mowa, obrazują nie tylko piękno głosu Bernarda Ładysza, lecz także, już w owym czasie znakomite, umiejętności wokalne. Jego studia wokalne w Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie prof. Wacława Filipowicza trwały zaledwie dwa lata (1946–1948). Jak mi to wpajał prof. Kazimierz Pustelak, wprowadzając mnie w arkana pedagogiki wokalnej, w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z głosem postawionym z natury, pierwszą zasadą pedagoga jest zasada lekarska primum non nocere (po pierwsze nie szkodzić). Należy się ograniczyć we wskazówkach wokalnych do niezbędnego minimum, a jedynie ukierunkowywać śpiewaka na problemy natury estetyczno-interpretacyjnej. O Bernardzie Ładyszu mówił zresztą prof. Pustelak zawsze z niezmienną sympatią jako o śpiewaku, który dostał w darze od Opatrzności wszystkie talenty: przepiękny, niezwykły głos, nieprawdopodobną muzykalność, pozwalającą rozumieć muzykę każdej epoki, każdego stylu, i wręcz „zwierzęce” umiejętności aktorskie. A nasz dzisiejszy gość honorowy o swojej edukacji muzycznej sam wypowiadał się tak: „Najwięcej zawdzięczam parze nieżyjących już muzyków: prof. Sergiuszowi Nadgryzowskiemu, pianiście, który nie uczył śpiewu, lecz muzyki i żądał ode mnie tylko jednego – ładnego śpiewania, drugim muzykiem był prof. Jerzy Gaczek. Szkoda, że zaczyna brakować takich ludzi. Z nimi wszystko można zyskać, a niczego nie stracić.”
W roku 1950 starania o angaż do Chóru Opery Warszawskiej spełniły się, ale zanim na dobre się tam zadomowił, już został solistą. Zadebiutował dwiema znakomitymi rolami, należącymi do żelaznego repertuaru największych partii basowych, rolą Księcia Gremina w operze Eugeniusz Oniegin Piotra Czajkowskiego i rolą Zbigniewa w Strasznym dworze Stanisława Moniuszki. Oba debiuty były nagłymi zastępstwami. Wchodził w role bez próby. W swoich wspomnieniach opisuje to następująco: „Tak to nagle jakoś wypadło, nie było czasu, dość, że w tych początkach kariery wychodziłem na scenę bez próby scenicznej, bez jakiejkolwiek próby. Wyszedłem i jakoś nie zginąłem. Było w tym wiele improwizacji, ale i szczerość, spontaniczność.”
Oba znakomite debiuty sceniczne przyćmiła wkrótce inna wielka partia, w której niepospolitą rolę grał wielki talent aktorski artysty, a była nią rola Mefista w operze Faust Charlesa Gounoda. Zdzisław Sierpiński opisuje tę kreację w artykule Ojciec i syn: „Nigdy nie zapomnę tego wieczoru w operze, kiedy na scenę wyszedł Mefisto. Ludzie zerwali się z miejsc i runęła burza oklasków. To było jeszcze w grudniu na Nowogrodzkiej i zaraz po nagrodzie zdobytej w Vercelli […]. I kiedy tamtego pamiętnego wieczora wszyscy się już na sali wyklaskali, kiedy usiedli na miejsca, artysta ryknął potężnie swoim basem o najszlachetniejszej barwie, wyjątkowej sile i ozdobionym do tego muzykalnością i kulturą muzyczną, a wszyscy słuchali jak urzeczeni! A i sam Bernard Ładysz był tego wieczora „na haju” i kiedy nagle skoczył, przy śpiewaniu kupletów o złotym cielcu, na wielką beczkę, to jego głos nie drgnął nawet na ułamek sekundy, gdy denko się pod potężnym artystą załamało, a on sam wpadł do środka, może tylko głos jeszcze bardziej rozjaśnił śmiech, jakby to cale zdarzenie rozbawiło pana Mefistofelesa z Fausta Gounoda.”
 Wdarłszy się przebojem na polskie sceny operowe, Bernard Ładysz szybko wspiął się na sam szczyt hierarchii, stając się niekwestionowanym królem basowego repertuaru. Kilka lat po debiucie nastąpiło wydarzenie, od którego zaczęła się międzynarodowa kariera Bernarda Ładysza. W roku 1956 wyjechał do Włoch, do miasta Vercelli, na kolejną edycję słynnego konkursu śpiewaczego i zdobył tam pierwszą nagrodę Il Primo Premio Assoluto. Wcześniej miał już w swoim dorobku zarówno pierwszą nagrodę na ogólnopolskim konkursie śpiewaczym w 1947 roku, trzecią nagrodę na festiwalu w Budapeszcie w 1949 roku i drugą nagrodę na festiwalu w Berlinie w 1951 roku. Dopiero jednak bezprecedensowy sukces w ojczyźnie opery sprawił, że drzwi do światowej kariery stanęły przed nim otworem. Z wielu ofert, jakie teraz posypały się ze wszystkich stron, wybrał angaż do Teatro Massimo w Palermo, gdzie śpiewał w Cyruliku sewilskim Gioacchino Rossiniego oraz Nieszporach sycylijskich i Don Carlosie Giuseppe Verdiego.
Przytoczę może kilka zdań z recenzji zagranicznych z tego okresu, zamieszczonych na okładce płyty z ariami artysty, wydanej przez Melodia Record Co. w Chicago:
• „Wszyscy byli zaskoczeni śpiewem Pana Ładysza w Nieszporach sycylijskich i Cyruliku. Zrobił znakomite wrażenie dzięki tak odmiennej interpretacji.” („Giornale di Sicilia”)
• „Silny głos Bernarda, mimo trudności w akcentowaniu, brawurowo wprost eksplodował w partii Don Basilia.” (Ubaldo Mirabelli, Palermo)
• „Bernard Ładysz, zdumiewający głos, jest odkryciem Teatro Massimo. Jego interpretacja partii Filipa była głęboka.” (Don Carlo al Teatro Massimo)
• Bernard Ładysz w partii Procidy ukazał wspaniały głos i ciepłą ekspresję.” (Arte e Mondanita, Palermo). (Ze archiwalnych zbiorów melomana Jacka Chodorowskiego z Krakowa.)
Występował z takimi sławami, jak Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Franco Corelli czy Giuseppe Taddei, Boris Christow, Nicolai Ghiaurov będąc równie znakomitym jak oni.
Brał udział w wielkim tournée zespołu po Niemczech, Szwajcarii i Austrii. Był rok 1959, kiedy swoimi występami zwrócił uwagę legendy dyrygenckiej owych czasów Tulio Serafina i w efekcie został zaangażowany do nagrania Łucji z Lammermooru Gaetano Donizettiego. Główne partie w tym nagraniu, dokonanym przez słynną wytwórnię Columbia, kreują Maria Callas, Piero Cappuccilli i Ferruccio Tagliavini.
Międzynarodowy Festiwal im. Bernarda Ładysza
Lidzbark Warmiński
Tel.: ( +48) 728 987 144,
 
05-079 Okuniew, ul. Wiosenna 4
e-mail:  fundacja_polcanart@wp.pl
Wróć do spisu treści